|
|
||||||||
|
Niech żyje pogrzeb! O szóstej trzydzieści, piętnastego maja, Marta Rose wydała ostatnie tchnienie w szpitalu w Monachium. I było to raczej ostatnie rzężenie. Po wypaleniu trzystu pięćdziesięciu tysięcy papierosów przez dwadzieścia trzy lata nie miała już płuc, a jedynie dwie małe torebki wypełnione bulgoczącym płynem. Miała czterdzieści jeden lat kiedy umierała. Była piękna: proporcjonalnie zbudowana niebieskooka blondynka z grubym warkoczem do połowy pleców. Mieszkała wraz z mężem i trójką dzieci w położonym na opadających łagodnie alpejskich halach, zielonym Bad Taltz, niedaleko Monachium. Przez całe dorosłe życie zajmowała się wychowywaniem dzieci, a mąż pracował w fabryce snów jako producent wykonawczy. Była dobrą, poświęcającą cały czas dzieciom matką, lecz mimo to ich rodzinę dotknął poważny kryzys. Najstarszy syn Toro od dziecka nie lubił spodni. Teraz, w wieku siedemnastu lat, mimo swoich stu osiemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu i niezgrabnych grubych nóg, był w trakcie zmiany płci. Już bez włosów z delikatnie zarysowanymi piersiami i oczywiście w pełnym kobiecym rynsztunku: z najlepszym fryzjerem i manicurzystką. Pozostałe dzieci idealne i bez widocznych zmian, no może oprócz upodobania do bawarskich strojów ludowych. Dziewczynka Anna - piętnaście lat, chłopiec Zigi - dwanaście. Hans - mąż, czterdziestojednolatek to łagodny i wesoły świr. Matka Hansa śpiewaczka operowa i ojciec - poważny producent filmowy - mimo że nie żyli razem nawet minuty, opiekowali się synem jak potrafili, żeby zapewnić mu miękkie lądowania w trudnych sytuacjach, jak choćby wtedy, kiedy pierwszy raz się zbuntował i postanowił nie kończyć podstawówki. Naturalną koleją rzeczy od małego bawił się, uczył, pracował i zarabiał w show biznesie. Hans z żoną i dziećmi mieszkali w ślicznym białym domku, niemal bajkowym, z czerwonym dachem, kominem na środku i unoszącym się nad nim dymem. Cała rodzina żyła zgodnie w rytmie urodzin, świąt, ciągłych wyjazdów służbowych i powrotów Hansa – oczywiście z prezentami. Raz do roku Hans i Marta wybierali się na halę zebrać grzyby tak, żeby po zasuszeniu mogły sprawiać im radość przez cały rok. Choroba i śmierć Marty była dla wszystkich kompletnym zaskoczeniem. Od pierwszych objawów do śmierci minęły trzy miesiące. Hans bardzo źle znosił chorobę, był w szoku i nie godził się na jej śmierć. Gdy umarła wpadł w osłupienie, trzeba było się nim opiekować. Robiły to dzieci i matka Hansa. Wraz z rodziną Marty, która pochodziła ze Śląska, postanowiono zorganizować dwie uroczystości pogrzebowe. Kremację i przyjęcie w Monachium, pogrzeb i stypę we Wrocławiu. W Niemczech zaproszono tamtejszą rodzinę, sąsiadów i przyjaciół. Przyszli wszyscy i szczerze żałowali zrozpaczonego Hansa. Jego nieszczęście poruszało wszystkich. Wiedzieli przecież jak bardzo Hans i Marta się kochali. Nawet fakt, że nie potrafił się pogodzić z jej śmiercią i miał do wszystkich pretensje o to, że u nich się układało, a on nie ma już Marty, wzbudzało tylko wzruszenie i wywoływało chęć pomocy. Jego bunt przeciwko temu, co się stało, niegodzenie się ze stratą najbliższej osoby, odbierane było jako wyraz ich miłości. Pomijając awanturującego się Hansa, uroczystości monachijskie można opisać jako udane i z klasą. Urna kanałami oficjalnymi powędrowała do Polski. Tak więc Hans z dziećmi rozpoczęli podróż na dalszy ciąg uroczystości. W tym celu wynajęli camper, na wyraźne żądanie Toro, który wiedział jak obrzydliwe podejście potrafią mieć Polacy do jego odmienności (chciał mieć wyjście awaryjne w każdej chwili swojego pobytu). trakcie podróży rodzina ustaliła szczegóły ceremonii, w tym garderobę w jakiej wystąpi. I tak Hans: czarny garnitur, czarna koszula i kapelusz a’la „francuski łącznik”, Toro: bluza marynarska, spódnica plisowana, podkolanówki, marynarska czapeczka z pomponem; młodsze dzieci w tradycyjnych ciężkich bawarskich strojach ludowych. Wzięli też ze sobą taki strój dla siostry bliźniaczki Mamy, Marii. Marta miała w Polsce dwójkę rodzeństwa: starszą siostrę Iwonę i siostrę bliźniaczkę z jednego jaja - fizycznie identyczną ze sobą. Maria była troszkę zapomniana przez resztę rodziny i przyjaciół. Z mężem Andrzejem byli świadkami Jehowy. Żyli bardzo skromnie na uboczu świata i rodziny. Wychowali dwójkę, teraz już samodzielnych dzieci i oprócz „głoszenia”, czyli obowiązkowego nauczania obcych ludzi, nie pokazywali się publicznie. Rodzina nie upominała się o nich, znając uciążliwości towarzyskie wynikające z przestrzegania zasad wiary przez świadków Jehowy. Dzieci pamiętały i miały pomysł, żeby ubrać Marię w ubranie mamy jako „żywy pomnik”. Podróż się udała i szczęśliwie dotarli do Wrocławia na parking przed cmentarz. Byli dwie godziny przed czasem. Przybyła poproszona o to Maria. W campie byli: Hans, Maria, trójka dzieci i dwa psy. Wszyscy czynili przygotowania do pogrzebu czyszcząc i prasując garderobę. Zupełnie nieudane było pierwsze wyjście Tora z samochodu. Cztery metry od auta jego wygląd faceta przebranego za kobietę, która z kolei przebrała się za marynarza, wydał się tak komiczny jakiejś biednej rodzinie idącej na cmentarz, że ta wybuchła śmiechem zupełnie niestosownym, zarówno w ich, jak i naszego bohatera sytuacji. Toro wpadł w popłoch. Z płaczem wpadł do samochodu i obiecał wszystkim, że nie ruszy się z samochodu dopóki nie będą w Polsce. Tymczasem pojawiły się kłopoty: zaginęła urna. Jakiś kretyn w Monachium myśląc, że w Polsce jest tak jak u nich w Niemczech, to znaczy urzędnicy są kreatywni i posługują się głową, zaadresował paczkę z urną oficjalnie i kurtuazyjnie, czyli na Prezydenta Miasta Wrocławia. W piątek po południu urna dotarła do magistratu. Ochroniarz wezwany na konsultację radził wezwać saperów bo nikt nigdy nie przysłał prezydentowi urny z prochami i wymyślił, że jest to, być może proch, ale strzelniczy i zarazem nowa metoda działania terrorystów z bliskiego wschodu. Urzędniczki postanowiły dyskretnie dowiedzieć się czy ktoś w rodzinie prezydenta nie umarł i w tym celu zadzwoniły do Marioli: sekretarki-przyjaciółki prezydenta. Ta sprawdziła: nikt nie umarł. Dziewczyny wpadły na szatański pomysł, żeby zarobić na tym parę groszy i sprzedały urnę do zaprzyjaźnionego zakładu pogrzebowego. Nie zostawiwszy żadnego śladu w dokumentach poszły na weekend do domu. W sobotę rano Iwona zorientowała się się, że nie ma urny. Mąż Iwony, jedyny przytomny człowiek w całej rodzinie, mimo wczesnej sobotniej godziny wyśledził razem z firmą kurierską krok po kroku drogę urny. Ślad urywał się w magistracie. Zadzwoniono do prezydenta, ten do Marioli, Mariola do jednej z mądrych urzędniczek. I tak, pół godziny przed pogrzebem, zlokalizowano urnę w zakładzie pogrzebowym. Za pewną opłatą udało się odzyskać Martę. Urnę zawieziono do kaplicy. Dwudziestego drugiego maja było ciepło i świeciło słońce. Wiosna w pełni, w swoich najlepszych dniach. Goście w grupkach, sciszonymi głosami rozmawiali przed kaplicą. Część przyjechała z Niemiec, reszta to krewni i przyjaciele z całej Polski. Malownicza grupa najbliższej rodziny, ale bez obrażonego Toro, pojawiła się u wylotu alejki na placyku przed kaplicą. Dwie kobiety miękko osunęły się na ziemię. Mąż jednej zawołał – Lekarza! – pani jednak szybko odzyskała przytomność, druga jej nie straciła, ale za to władzę w nogach. Szybko okazało się, że panie znały Martę i jej upodobania do strojów ludowych, ale nie wiedziały, że ma siostrę bliźniaczkę tak podobną do Marty (w ciągu godziny nie raz jeszcze usłyszymy wyrazy najwyższego zdziwienia ludzi zszokowanych obecnością Marty na własnym pogrzebie). Dalsza część uroczystości, to znaczy: krótka msza, odprowadzenie i zamurowanie urny, odbyła się prawie bez większych zgrzytów. Oprócz ciągłych komentarzy o niemożliwym podobieństwie bliźniaczek, malutki incydencik. Mimo precyzyjnych ustaleń zapomniano ustalić kto ma nieść urnę z kaplicy do grobu. Pierwszy po mszy doskoczył do katafalku Zygmunt i to on chwycił urnę. Okazało się jednak, że Hans jest większy i silniejszy i to on, koniec końców, niósł urnę z Martą przez całą drogę. Po zamurowaniu grobowca zaproszono wszystkich na przyjęcie do wynajętej Sali bankietowej w hotelu w willowej dzielnicy Wrocławia. Hotel parterowy, dookoła zieleń, a na trawie obóz rozbiła nasza rodzina. Okazało się, że camper można dowolnie rozbudować: leżaczki, hamaczki, namioty, a z Sali bankietowej swobodnie wychodzić do ogrodu gdzie zaparkowali nasi bohaterowie. Około stu osób usiadło przy okrągłych stołach i rozpoczęło picie wódki i rozmowy. Przyjęcie zapowiadało się na jedno z tych dwunastogodzinnych. Przy stoliku w kącie Sali, tam gdzie najwięcej pili i najgłośniej się śmiali, rozmowa Marii z Hansem nie uszła uwagi. Przy stoliku siedzieli: Iwona, Paweł, kumpel z Warszawy, Joanna - rodzinny prokurator, Krynia przyjaciółka – wygadana i odważna, Andrzej mąż Marii, i jeszcze dwie niezidentyfikowane osoby. Paweł zauważył: Ale to nie przeszkadzało Hansowi zobaczyć tego samego światełka w tunelu rozpaczy, który go chłonął. Zabrał dzieci, Marię i zaszyli się w Campie. Impreza skończyła się koło północy. Jedyny niepijący rozwoził gości po domach. Hans siedział przed samochodem i machał odjeżdżającym, a uśmiech błąkał mu się na ustach. O trzeciej rano, dwudziestego trzeciego maja, nie było śladu po rodzinie i gościach. O jedenastej, dwudziestego czawrtego maja, na głównym deptaku Bad Taltz zszokowanym mieszkańcom, pojawił się na spacerze Hans za rękę z Marią, trochę z tyłu szły dzieci. W lodziarni mówiły do Marii: mamo… I niby wszystko było już ok: gdyby nie malutki guzek, który pojawił się wczoraj w lewej piersi Marii… |
||||||||
| Webmaster: DeviNet | |||||||||